Nagłówek

 

Date

FORUM

menu_gora 3

Grabowiec - publikacje i opracowania  traktujące o wydarzeniach w Grabowcu i okolicach

Nowa strona 2


ŁUNY NAD HUCZWĄ I BUGIEM
Walki oddziałów AK i BCh w Obwodzie Hrubieszowskim w latach 1939-1944
Wacław Jaroszyński, Bolesław Kłembukowski, Eugeniusz Tokarczuk
 


Nowa strona 3


Mjr Józef Śmiech „Ciąg"
 
Rozbicie posterunku w Mołodiatyczach i Grabowcu
oraz likwidacja twierdzy nacjonalizmu ukraińskiego, wsi Bereść

 

Wysiedlanie Zamojszczyzny datuje się od października 1941 roku. Już w owym czasie krążyła wieść, że hitlerowcy mają zamiar ludność polską usunąć z gospodarstw i wysiedlić w głąb Niemiec na roboty, a na jej miejsce sprowadzić i osiedlić volksdeutschów z różnych podbitych krajów.

Jesienią 1941 roku została wysiedlona Huszczka Duża i Mała. Nie było to jeszcze właściwe wysiedlenie, jakie nastąpiło w rok później, było to tylko wyrzucenie z gospodarstw opornych Polaków, którzy nie chcieli przyjąć przynależności do narodu niemieckiego. Przesiedlenie Huszczki jeszcze bardziej spotęgowało napięcie wśród ludności. Zaczęto wiązać tobołki, zaprzęgano konie do wozów wyładowanych żywnością, by móc w porę wyjechać do innego powiatu. Hitlerowcy przez wysiedlenie Huszczki chcieli uśpić czujność Polaków i dlatego tych ludzi wywieźli na gospodarstwa do Teptiukowa w powiecie hrubieszowskim. Nic też dziwnego, że wielu gospodarzy zaczęło wierzyć, że w razie wysiedlenia Niemcy wszystkim wysiedlonym dadzą utrzymanie i dach nad głową, jak to miało miejsce z Huszczka.

W tym czasie Skierbieszów już posiadał silną placówkę ZWZ. Dowódcami powyższej placówki byli kolejno: Antoni Domański, nauczyciel miejscowej szkoły, ppor. rez.; Władysław Czerwiński, st. sierż. z 9 Pułku Piechoty Legionowej oraz Józef Kruk, st. sierż., instruktor szkoły podchorążych w Zambrowie. Również na terenie gminy Skierbieszów istniał pluton ODB (Oddział Dywersji Bojowej), który podlegał ppor. „Kolbie" — „Norbertowi". W skład tego plutonu wchodzili najbardziej bojowi ludzie, których zadaniem m. in. było umiejętnie sprzątać szpicli oraz zdobywać pieniądze dla organizacji. Ponieważ organizacja ZWZ powstała zaraz na początku okupacji i skupiała w swych szeregach przeważnie ludzi wojskowych, którzy przeszli kampanię wrześniową, tzn. mieli już doświadczenie walki z wrogiem, dlatego też w szeregi ZWZ zgłaszali się ludzie z różnych warstw społecznych. Wstępowali starzy i młodzi, kobiety i dziewczęta. Pamiętam, że w grudniu 1941 roku, niedługo po wysiedleniu Huszczki, przychodzili do mnie ludzie, by przed krzyżem złożyć uroczyście staropplską przysięgę: „Będę walczył do ostatniej kropli krwi, tak mi dopomóż Bóg i Święta Syna męka Jego".

Na terenie Skierbieszowa usadowiłem się w 1941 roku w miesiącu wrześniu. Pochodzę właściwie z Hrubieszowskiego z miejscowości Uchanie. Tam zacząłem organizować pierwsze szeregi ZWZ już w 1939 roku wspólnie z kolegami: por. Tadeuszem Dziedzicem, ppor. Marianem Walczakiem, ppor. Franciszkiem Czuprem, plut. Leonem Przeworskim oraz sierż. Stanisławem Jastalskim. Niestety, na terenie powiatu hrubieszowskiego byłem zbyt znany, i dlatego nie mając moż­liwości dalszej pracy podziemnej na tym terenie, zostałem służbowo przeniesiony na teren zamojski. Tu z miejsca dostałem przydział do komendanta Obwodu „Adama" na oficera inspekcyjnego Rejonu, a następnie na dowódcę plutonu ODB na miejsce „Norberta", który odszedł na południe powiatu zamojskiego.

Zima i wiosna 1942 roku przeszły na ogół spokojnie. Ze swym plutonem ODB robiłem już różne akcje mające na celu zdobycie pieniędzy dla organizacji względnie akcje na volksdeutschów. Działałem na terenie wsi Nielisz (m. in. zrobiłem wypad na młyn volksdeutscha, w wyniku którego zdobyłem broń i gotówkę, potrzebną nam na wykupienie naszych aresztowanych członków) oraz zapuszczałem się aż do Wojsławic w powiecie chełmskim, gdzie rozbiliśmy siatkę szpiegowską, składającą się z miejscowego wójta, sekretarza oraz kilku nacjonalistów ukraińskich. Zadaniem tej siatki było szpiclowanie i wydawanie gestapowcom Polaków, należących do organizacji oraz ukrywających się przed łapankami na roboty do Niemiec. W tym okresie na terenie zamojskim nastąpiła wielka wsypa spowodowana przez „Rusta".

Pod koniec wiosny 1942 roku hitlerowcy chcieli ostatecznie rozprawić się z Żydami. Oddział szturmowy SS jeździł po Zamojszczyźnie i wyłapywał ukrywających się Żydów, rozstrzeliwując ich na miejscu.
Na Zielone Święta 1942 roku Niemcy wpadli do Skierbieszowa, Sadów, Lipiny Nowej i Hajownik, zwołali chłopów, część zwolnili na miejscu, a część wywieźli na Majdanek. Żydów zgromadzili w wąwozie dworskim i tam wszystkich wymordowali.
W okolicach Księżyzny, Lipiny Starej, Wysokiego, Marcinówki oraz Wiszenek pojawili się leśni ludzie. Byli to żołnierze Armii Czerwonej, którym udało się zbiec z niewoli niemieckiej. Ukrywali się oni po stodołach i krzakach, a ludność polska z narażeniem życia dzieliła się z nimi ostatnim kawałkiem chleba. Niektóre wioski jak Wiszenki ciężko za to zapłaciły, bo 10 i 20 maja 1942 roku gestapo wymordowało tam ponad 40 mężczyzn*. Pretekstem do tego potwor­nego mordu było założenie tam PPR oraz współpraca i udzielanie pomocy żołnierzom radzieckim. Wieś tę rozpracował i listę z nazwiskami przedłożył do gestapo poborca podatkowy, który był na usługach gestapo. Siedział on tam całymi dniami, wspólnie pił bimber i wspólnie organizował. Poborca ów podobno nazywał się Szeliga.

W 1942 roku Związek Walki Zbrojnej przekształcił się w Armię Krajową. Zaczęły już powstawać plutony, kompanie i bataliony. Organizacja ta intensyw­nie szkoliła się i zbroiła. W tym okresie niemal codziennie jeździłem po terenie w celu przygotowania drużyn i plutonów. Spotykałem się na Stanisławce u komendanta Rejonu „Podlaskiego", u dowódców placówek „Kasztana" (Józef Kruk) i „Urszuli" (Roman Szczur). Wszędzie widziałem zapał i chęć do walki. Przeprowadzałem wspólnie nocne alarmy i ćwiczenia, uzupełnialiśmy broń.

Zbliżała się jesień 1942 roku. Znów krążyły pogłoski, że nastąpi wysiedlenie. Jedni wierzyli, drudzy nie jedni mówili, że mniejsze gospodarstwa będą scalane, by dać większe dochody dla Generalnej Guberni. Takie to wiadomości krążyły po Skierbieszowie i okolicznych wioskach.

Wywiad AK działał dosyć sprawnie. Komendant Obwodu „Adam" był bardzo aktywny. Zarządzał ciągłe odprawy to w miejscowości Boży Dar, to w Skierbieszowie, to w Stanisławce-Rozdoły. Tam otrzymywaliśmy instrukcje, co robić na wypadek wysiedlenia. Daty wysiedleń w przybliżeniu znaliśmy, dlatego też powiadamialiśmy ludzi, by wszelki inwentarz starali się wywozić do powiatów, które według naszego rozeznania nie miały być objęte akcją wysiedleńczą, a mianowicie do miejscowości Krasnystaw, Chełm, Hrubieszów. Jeśli chodzi o Hrubieszów to, niestety, informacje nasze były błędne, bo zaraz po Nowym Roku 13 stycznia 1943 roku nastąpiło wysiedlenie z powiatu hrubieszo­wskiego.

Po żniwach 1942 roku w miesiącu wrześniu już niektórzy gospodarze po cichu wywozili swój dobytek. Żołnierzom AK dałem rozkaz, by broń była
w pogotowiu, a w razie wysiedlenia Skierbieszowa wszyscy powinni wycofać się do Osiczyny, gmina Grabowiec, powiat Hrubieszów. Sam wywoziłem co mogłem, z gospodarstwa, robiłem to zupełnie oficjalnie i namawiałem innych do tego. Chłopu polskiemu trudno było uwierzyć, że mogą go wyrzucić z jego własnego zagona. Jedni wyjeżdżali, innni się wahali, może to nieprawda, może to tylko strachy, przecież jesteśmy spokojni, pracujemy i oddajemy kontyngent. Było i dużo takich, którzy myśleli, że będzie tak jak w Huszczce, kiedy to Niemcy ludziom wysiedlonym dali gospodarstwa.
Wreszcie nadszedł ten pamiętny dzień, dzień płaczu matek i dzieci, 27 listopada 1942 roku, kiedy Skierbieszów i okoliczne wioski pogrążone były w śnie — hitlerowcy otoczyli Skierbiszów, wieś Sady i Zawodę; było ich chyba ponad tysiąc. Wszelka samoobrona była niemożliwa. Żołnierze moi wycofali się na umówione miejsce do Osiczyny.

W przeddzień wysiedlenia miałem odprawę ze swoimi dowódcami drużyn w miejscowości Sady u „Szakala" (Władysław Korkosz). Tu ustaliłem wspólny plan działania. Od wieczora do świtu posterunki nasze musiały być wystawione, a na wypadek najazdu Niemców należało się spokojnie wycofać, powiadamiając po drodze innych. Tego wieczoru padał deszcz, błoto po kolana, wywoziłem resztki swojego dobytku na Osiczynę do Łosia. Wróciłem do domu dosyć późno, przemoknięty i zziębnięty, miałem w planie jeszcze raz jechać z wozem naładowanym drobiem i odzieżą. Żona z babcią odradziły mi, zostałem.
O godzinie 3 Niemcy otoczyli wieś. Tylko dzięki przypadkowi udało mi się wyjść cało z tej opresji.
Wysiedlenie rozszerzało się jak płomień na słomianych dachach, byliśmy odcięci od Zamościa. Postanowiłem działać na własną rękę. Żołnierze rwali się do czynu, było ich ze mną 31. Utworzyłem z nich trzy drużyny.

Dowódcą pierwszej drużyny został kpr. „Boa" (Wacław Węcławik), dowód­cą drugiej kpt. „Młot" (Eugeniusz Kostrubiec), dowódcą trzeciej kpr. „Sęp" (Stanisław Suwała), wszyscy ze Skierbieszowa. Zrobiłem odprawę i wspólnie ustaliliśmy plan działania.
W nocy cichaczem podchodziliśmy do wysiedlonych wiosek jak Sady, Lipina Nowa, Hajowniki terroryzować „czarnych".

Łapaliśmy „czarnych" po mieszkaniach, wymierzaliśmy po 50 kijów na goły tyłek i jazda do swojej „ojczyzny". Groziliśmy, że jeśli drugi raz przyjedziemy i zastaniemy ich jeszcze, to kula w łeb. Po kilku takich wypadach „czarni" mieli dość polskich gospodarstw, zaczynali uciekać do Zamościa. Ludziom, którzy pozostawili jakiś inwentarz lub zboże, pomagaliśmy w nocy zabierać. Akcja nasza długo jednak nie trwała. Posterunek żandarmerii w Skierbieszowie stał się dość silny, a wszyscy ,,czarni" zostali uzbrojeni. Walki zbrojnej bałem się rozpoczynać, gdyż chodziło mi o Polaków skupionych na Zawodzie. Z wioski tej hitlerowcy urządzili coś w rodzaju obozu pracy. Skupili oni tam Polaków wyczytanych z listy w czasie wysiedlenia i przeznaczyli ich do różnych robót w Skierbieszowie u „czarnych". Ludzie ci oddawali nam nieocenione usługi, informowali nas o wszelkich posunięciach żandarmerii i „czarnych" oraz dostarczali broń i amunicję. Skupili się wszyscy wokół „Skrzetuskiego" (Gucio Kisieliński), który ściśle współpracował z tłumaczem, poznaniakiem, Zbigniewem Rączkowskim. Również i mgr Bortnowski pozostał w swej aptece, współpracując z nami. Zatrudniał on u siebie więcej ludzi, by w ten sposób dać im schronienie. Kazimiera i Franciszka Szewerówny, pracownice Bortnowskiego, dostarczały nam różnych środków opatrunkowych i leków. Helena i Janina Węcławik, prowadzące sklep na Zawodzie, dostarczały nam meldunki. Janina Węcławik, siostra „Boa", oraz Klementyna Jaworska, pracownice Hauptsturm-fuhrera i żandarmerii, zajmowały się wywiadem i podsłuchem. Edward Zając, sekretarz gminy, dawał nam również cenne materiały, wyrabiał lewe dowody, niejednemu Polakowi ratując w ten sposób życie. W pierwszej połowie grudnia udało mi się nawiązać łączność z „Podlaskim", który również dobrze garbował skórę „czarnym". Gońcy moi chodząc przez Hajowniki, Szorcówkę na Rozdoły często musieli przechodzić rzekę po pas w wodzie, gdyż na moście w Hajownikach stał posterunek „czarnych".
Tu muszę podkreślić, iż rodzina Kruków z Łazisk nie szczędziła życia dla wielkiej wspólnej sprawy. Mała Alicja Kruk wraz z braćmi Zbigniewem i Narcyzem oraz matką często przychodziły do mnie przemoczone z meldunkami od swego ojca, dowódcy placówki, Józefa Kruka z Łazisk. Zygmunt Kruk był niejednokrotnie przewodnikiem i gońcem, który znał każdą niemal ścieżkę, a jak trzeba było kogoś przeprowadzić czy zanieść meldunek, to nie było dla niego żadnych przeszkód.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia otrzymałem meldunek od „Podlas­kiego", w którym donosił, że w noc sylwestrową będzie ogólny zryw Polski Podziemnej — musimy przypomnieć Niemcom, że jesteśmy, że żadna siła nas nie zniszczy, że będziemy walczyć aż do zwycięstwa. Ogólny zryw polegał na tym, że punktualnie o godzinie 24 we wszystkich zakątkach Polski miały wylecieć w powietrze tory i pociągi; wioski zasiedlone przez „czarnych" miały być spalone; mieliśmy również zlikwidować „czarnych" we wsi Cieszyn, jako odwet za wsiedlenie i mordowanie Polaków.

Wykonanie zadania:

,;Podlaski" ze swą grupą miał zaatakować wieś od południowej strony, tj. od Zukowa, i zająć połowę" wioski. Ja miałem zaatakować od północy, tzn. od Wolicy i Hajownik. Rozpoczęcie akcji wyznaczono na godzinę 24; znak — czerwona rakieta. Zaznaczam, że wieś Cieszyn była dość dobrze uzbrojona, my mieliśmy broń słabą, przeważnie karabiny, brakowało nam broni maszyno­wej. Powiadomiłem osobiście o planowanej akcji swoich chłopców, wszyscy promienieli z radości — wreszcie się zaczyna. Urządziliśmy u mnie kolację, przecież był wieczór sylwestrowy. „Boa" grał na mandolinie i śpiewał kolędy. Zbliżał się czas wymarszu. W domu, gdzie mieszkałem, nikt nie wiedział co się święci. „Goście" wyszli i mieli na mnie czekać w wąwozie, za wioską. Ja udawałem, że idę do sąsiada Michała Suwały, który tam mieszkał po wysiedleniu grać w pokera. Wyszedłem tylko w marynarce bez czapki. Nikt się nie domyślał, że.w stercie słomy przygotowany był kożuch, czapka i pistolet „vis" z granatami.

Godzina 22, śnieg, noc jasna, księżycowa, mróz. Przez las hajownicki doszliśmy do wsi Wolica; wieś Cieszyn widać było jak na dłoni. Zbliżyliśmy do rzeki, by trochę pod jej osłoną podczołgać się jak najbliżej mostu. Na cmentarzu wolickim zostawiłem ubezpieczenie i jednocześnie wsparcie ogniowe. Czekamy na umówiony znak. Dochodziła godzina 24, zimno i mróz zaczynały dokuczać. Karabiny załadowane pociskami zapalającymi gotowe do strzału. Zacząłem się denerwować, gdyż z przeciwnej strony brak sygnału do rozpoczęcia akcji. Minęła godzina 24, wezwałem do siebie dowódców drużyn i rozkazałem uderzyć na Cieszyn. Pierwsza drużyna uderzyła na most, druga i część trzeciej zaatakowała zabudowania i mieszkania „czarnych". Posypały się strzały, już się pali jakaś stodoła. Słychać okrzyki: „Naprzód, rąbać!" Most zdobyty, posterunki „czar­nych" cofnęły się na dogodne stanowiska, w wiosce alarm.

Walka zaostrzała się coraz bardziej. Byliśmy górą, już pierwsze domy opanowane. Byli zabici i ranni po stronie nieprzyjaciela. „Podlaski" nie nadchodzi. Gdzieś po drodze starł się z oddziałem „czarnych", a tu na mnie uderzyła całą siłą żandarmeria od strony Skierbieszowa i Hajownik. Ubez­pieczenie moje nie mogło wytrzymać naporu, dałem znać przez gońca o niebez­piecznej sytuacji. Wydałem rozkaz oderwania się od nieprzyjaciela. Stopniowo odskoczyliśmy do tyłu i znów znaleźliśmy się w miejscowości Wolica. W tym czasie od strony południowej wyskoczyła czerwona rakieta do góry. Rozpoczęła się wielka kanonada — to uderzył „Podlaski" ze swoją grupą. Wprawdzie uderzenie jego było bardzo opóźnione, to jednak wywołało wielką panikę wśród „czarnych". Było już zbyt późno, by powtórzyć szturm od strony północnej. Sytuacja stawała się bardzo niebezpieczna, gdyż od strony Hajownik pojawiać się zaczęły coraz większe zgrupowania „czarnych". Robota całkowicie się nie powiodła, wieś tylko częściowo została zniszczona. „Czarni" w tej wiosce jeszcze bardziej zaostrzyli swoją czujność, jeszcze bardziej się dozbroili, ale to im nie pomogło, bo przy końcu stycznia 1943 roku „Góral" z Dubienki (Krakiewicz) — dowódca całości, „Wiktor" z Malic i „Ryszard" z Kazimierówki całkowicie ich rozgromili*. Walka była bardzo ciężka, chwilami na bagnety. Po stronie „czarnych" padło 48 osób, po stronie oddziałów AK 2 zabitych i l ranny. Akcja cieszyńska psychicznie załamała wszystkich nasiedlonych volksdeutschów, którzy zaczęli masowo opuszczać swe gospodarstwa i gromadzili się w większych ośrodkach.

W dzień Nowego Roku 1943 zaraz po przyjściu z akcji cieszyńskiej i krótkim wypoczynku zdecydowałem się uwolnić z aresztu Grabowiec więźniów, którzy mieli być na drugi dzień wywiezieni do Hrubieszowa, a potem do obozów. W areszcie tym siedzieli Żydzi, chłopi za nieoddanie na oznaczony czas kontyngentu oraz 2 braci Węcławików. Zostali oni aresztowani w czasie świąt Bożego Narodzenia przez żandarmerię oraz policję granatową, na której czele stał komendant Kowalski, zdrajca i łotr spod ciemnej gwiazdy. Powodem aresztowania było znalezienie podczas rewizji kilku opasek biało-czerwonych na kwaterze u Piotra Kosmali. Do akcji tej wyznaczyłem 4 ludzi. Dowódcą został „Młot". Szli z nim „Zemsta" (Jan Sitarz), „Osa" (Wincenty Pieczykolan) i „Gawron" (Władysław Klimczuk). Po osobistym przeprowadzeniu wywiadu i ustaleniu, że żandarmeria tego wieczoru będzie bawić się u komendanta Kowalskiego, czwórka bojowników wyruszyła do Grabowca. Uzbrojenie: po 2 pistolety i 4 granaty każdy. Zadanie: uwolnić aresztowanych i wyprowadzić wszystkich z Grabowca — kto z więźniów zechce wstąpić do oddziału, ma zameldować się u mnie na miejscu postoju. Godzina rozpoczęcia roboty 23. Wykonanie: dwóch pierwszych „Młot" i „Zemsta" wchodzą do Grabowca od strony wsi Skomorochy i udają pijanych, zataczając się po ulicy. Mają iść tak aż do żandarma pilnującego aresztu. Z chwilą zetknięcia się z żandarmem wdać się z nim wrozmowę. „Zemsta" władał językiem niemieckim. Dwóch pozostałych miało iść z tyłu jako ubezpieczenie w odpowiedniej odległości, a kiedy żandarm wda się z „pijanymi" w rozmowę, należało podejść z tyłu i rozbroić bez strzału, kneblując mu oczywiście usta, by nie wrzeszczał. Ja natomiast miałem mieć na uwadze dom Kowalskiego, gdzie była żandarmeria i kryminalna policja. Akcja udała się całkowicie. W kilka minut żandarm rozbrojony, potulny jak baranek, wyjaśniał, że kluczy to on nie ma, tylko dozorca, i wskazał jego mieszkanie. Dozorca-volksdeutsch, dygocąc ze strachu, otworzył drzwi aresztu. Wszyscy zostali uwolnieni, a wśród nich miejscowy lekarz pochodzenia żydowskiego dr Tęczyn. W sumie więźniów było 32. Po tej akcji przerzuciłem pluton do Lipiny Starej, gdzie ludność bardzo chętnie pluton przygarnęła. Sam na jakiś czas ulokowałem się w Grabowcu na Górze Grabowieckiej u dobrego i gościnnego gospodarza Polaka Stasiuka. Z Grabowca łatwiej mi było uchwycić łączność z komendantem „Podlaskim" i komendantem Obwodu „Adamem". Tu w Gra­bowcu doszły do nas wieści, że w lasach zwierzynieckich aż się roi od partyzantów. Oddziały BCh już w tym czasie stoczyły krawą bitwę pod Wojdą. W powiecie tomaszowskim BCh pod dowództwem „Azji" dzielnie atakowały Niemców. Te wiadomości podniosły nas na duchu.
W Grabocu długo miejsca nie zagrzałem, bo 13 stycznia 1943 roku ofiarą
wysiedlenia padły Uchanie, powiat Hrubieszów. Byłem pewny, że w tych samych dniach taki los spotka i mieszkańców Grabowca, dlatego przeniosłem się z powrotem na Osiczynę i Lipinę Starą, dokąd przybył goniec z rozkazem od „Podlaskiego". Oto treść: „Z rozkazu Komendanta Obwodu zebrać wszystkich ludzi, stworzyć bojową grupę, uzbroić i przemaszerować w dniu 28 stycznia o godzinie 24 do lasów świdnickich od strony Borowiny. Żywność na trzy dni".
Po bogatych w wydarzenia miesiącach zimowych na terenie obwodu zamojskiego (bitwa pod Lasowcami 4.02.1943 r., powrocie w lasy bonieckie, zorganizowanie nowego dywersyjno-bojowego plutonu pod dowództwem „Pin­gwina" (Bolesław Sobieszczański), pobycie w kwaterze „Adama", pacyfikacji w niedzielę przewodnią 1943 r. wsi Huszczka Duża, udziale w akcji na wieś nasiedloną Siedliska pod Zamościem — dla uniknięcia obławy niemieckiej przerzuciłem swój oddział na teren obwodu hrubieszowskiego.
Aby odciążyć walczące południe, dostałem rozkaz od „Adama" wykonania długiego rajdu do powiatu hrubieszowskiego i likwidacji załóg niemieckich i ukraińskich posterunków. W powiecie hrubieszowskim los ludności polskiej był tragiczny. Przez Bug przybywały ciągle z Wołynia skrajnie nacjonalistyczne grupy ukraińskie i przy pomocy agresywnych posterunków ukraińskich, będą­cych na służbie niemieckiej, niszczyły ludność polską. Nie pomagały ulotki rozrzucane przez naszych ludzi, nawołujące do zaprzestania wrogich akcji. Nacjonaliści ukraińscy systematycznie niszczyli i mordowali rodziny polskie, posuwając się w kierunku powiatu zamojskiego i chełmskiego.
Z powiatu hrubieszowskiego masowo uciekali i starzy, i młodzi; powiat krasnostawski przyjmował wszystkich, dając każdemu schronienie. Oddziały dywersyjne powiatu hrubieszowskiego były zajęte na południu ciężkimi wal­kami. „Luks", „Wiktor" (Stefan Kwaśniewski) bezustannie zmagał się z wiel­kimi siłami wroga. Tu w centrum powiatu po śmierci por. „Górala" w lasach strzeleckich nie było dowódcy, który by mógł stanąć w obronie masakrowanej ludności polskiej. Owszem, na terenie Uchań czy Grabowca były zakons­pirowane placówki AK, jednak były one za słabe, by podjąć jakąś większą obronę okolicznej ludności. Dowódca Rejonu „Sam" przysyłał mi meldunki o sytuacji, prosząc by przybyć na jego teren.

W dniu 23 października 1943 roku zarządziłem koncentrację mojego oddziału w rejonie lasów bonieckich. Przyszedł pluton ze Starego Zamościa. Jego energiczny dowódca ppor. „Żuraw" zdał mi raport ze stanu i uzbrojenia ludzi. Było ich około 50. Uzbrojenie dość dobre, posiadali nawet ckm i duży zapas amunicji. Obsługa ckm-u była dobrze wyszkolona, jego karabinowy „Puszczyk" (Apolinary Bakuniak) to stary żołnierz. Pluton „Pingwina" zaprawiony w bo­jach czekał na rozkazy. Pluton „Dębicy" przyszedł trochę opóźniony, gdyż musiał przedzierać się obok Hajownik, wioski „czarnych". Wieczorem w dniu 23 października poprowadziłem całą kolumnę 140 ludzi do powiatu hrubieszows­kiego. Maszerowaliśmy w stronę Trościanki, Tuczęp, Czechówki, Hołuznego i weszliśmy w lasy grabowieckie obok Grabowczyka. Nakazałem wielką ostrożność, zabroniłem palenia ognisk, chociaż dokuczała nam chłodna noc. W lesie grabowieckim wystawiłem silne ubezpieczenia; na dowódcę ubezpieczeń wyznaczyłem „Żurawia". Momentalnie nawiązałem łączność z komendantem Rejonu „Samem" (Stefan Baj), za którego pośrednictwem okoliczne folwarki dostarczyły nam gorącego mleka i zupy. Tu podkreślam, że córki właścicielki Ornatowic Madzia i Jadzia Rudnickie oraz Basia z Białowód i jej młodsza siostra Dziunia oddały nam wielkie usługi. Przez cały dzień donosiły nam prowiant oraz wszelkie opatrunki. „Sam" dał mi dokładne rozpoznanie posterunków w Modia-tyczach, Grabowcu i Uchaniach. Wyznaczył również przewodników z danych miejscowości z zadaniem doprowadzenia nas tam najkrótszą drogą. Na pierwszy ogień wyznaczyłem posterunek w Mołodiatyczach pod Hrubieszowem.

25 października o zmierzchu wyruszyliśmy. Przewodnicy prowadzili nas polnymi dróżkami. Po kilkugodzinnym forsownym marszu o godzinie 23.30 doszliśmy do wyznaczonego celu. Krótka odprawa z dowódcami plutonów i cała kompania zajęła postawę wyjściową. Od strony Trzeszczan, gdzie kwaterował batalion Wermachtu, wyznaczyłem silne ubezpieczenie. Od strony Hrubieszowa i Werbkowic, skąd spodziewana była odsiecz, również postawiłem silne drużyny. Punktualnie o godzinie 24 weszliśmy do wioski; część plutonu „Żurawia" i „Pingwina" jako grupa uderzeniowa skierowała się na posterunek. „Dębica" zamykał wieś. Poszedłem z grupą uderzeniową, chodziło mi o schwytanie wójta gminy, Mitki Sznajdera, o którym wiedziałem, że jest gorliwym nacjonalistą, i który mnie w 1940 roku w Uchaniach chciał oddać w ręce gestapo.

Godzina 0.15 — rozpoczęcie akcji; 3 rkm-y i ckm-y skierowały swoje serie w okna i drzwi posterunku. Przewodnik wskazał mieszkanie wójta, momentalnie tam wskoczyliśmy, przed nami wystraszona żona wójta z dzieckiem na ręku, wójta nie było. Przeczuwał on, że jego dni są policzone i uciekł do Hrubieszowa, gdzie w niedługim czasie spotkała go zasłużona kara, został zastrzelony przez naszych. Żonę wójta i dziecko, oczywiście, pozostawiłem przy życiu. Posterunek bronił się zaciekle. Razem z „Pingwinem" i „Madziarem" wskoczyliśmy przez okno na korytarz, z którego w górę prowadziły schody; z góry sypały się na nas granaty i serie z broni maszynowej. O mały włos „Żurawia", atakującego parter, nie rozerwał granat. My we trzech zamierzaliśmy opanować górę przez drzwi, seria rkm-u przeszła tuż obok mego ramienia. Odbity tynk i cegła zasypały głowę „Madziara". Piorunem zeskoczyliśmy na dół. Ckm nasz umilkł, jakieś uszkodze­nie, jeden z jego obsługi lekko ranny. Pobiegłem do stanowiska, w jednej chwili usunąłem zacięcie i osobiście chwyciłem za język spustowy. Ckm gra, pod osłoną mojego ognia „Żuraw" i „Pingwin" z ludźmi wskoczyli do środka.
W wiosce alarm, bojówki ukraińskie chwytają za broń i biegną w kierunku gminy i posterunku. Jest już za późno, ogień naszej broni kładzie atakujących. Wszystkich widzimy jak na dłoni, bo obok posterunku palą się stodoły i różne zabudowania. Szybko zorientowałem się, że dłuższa walka może się źle skończyć dla mego oddziału, gdyż lada chwila mogła nadejść pomoc Wermachtu z Trzeszczan, Hrubieszowa czy też z Werbkowic. Dałem rozkaz, by natychmiast wycofywać się w kierunku szosy na Grabowiec. „Pingwin" i „Żuraw" wykoń­czyli gminę i posterunek. Zabrali broń oraz zdobyty sprzęt. Ponagliłem rozkaz wycofania się i w końcu cała kompania zebrała się na wskazanym miejscu; po sprawdzeniu stanu nakazałem maszerować w rejon lasów grabowieckich.

Na szczęście żadnych strat nie ponieśliśmy, natomiast strona przeciwna pozostawiła na polu walki wielu zabitych. Od strony Werbkowic i Trzeszczan dochodziły do moich uszu warkoty silników samochodowych. Nakazałem szybki marsz. Prawie biegiem przeskoczyliśmy trzystumetrowy kawałek szosy, a następnie skręciliśmy w prawo na maleńką polną dróżkę w kierunku Kurytyny. Tabory, tzn. dwie konne furmanki, wyrzuciłem do przodu. Na nich znajdowali się młodzi, którzy opadli z sił, i jeden ranny Edward Konaszczak z Majdanu Skierbieszowskiego. Z „Żurawiem" i „Pingwinem" zatrzymaliśmy się przy szosie, zajmując dogodne stanowiska ogniowe, 3 rkm-y i ckm-y miały dobre pole ostrzału. Chociaż było ciemno, to jednak każdy z żołnierzy starał się o jakąś osłonę. Na szczęście w tym miejscu był teren falisty. Część oddziału pod dowództwem „Dębicy" zatrzymała się w małym lasku o 1,5 km w tyle. Urządzenie całej zasadzki trwało dosłownie 7 minut. I oto nagle wyłoniły się przyćmione światła samochodów. Zbliżały się coraz bliżej. Wyrwałem granat i rzuciłem z całej siły. Potężny huk rozdarł ciemność nocy. W jednej sekundzie zagrała nasza broń maszynowa i ręczna. Samochody natychmiast stanęły w miejscu, a nawet potoczyły się w rowy. Strach i rozpacz ogarnęła wszystkich — słychać było przeraźliwe okrzyki: „Mein Gott" — „Zu Hilfe". Na łeb, na szyję z aut wyskakiwali „szwaby", w ich szeregach powstało wielkie zamieszanie. Długo to jednak nie trwało, ich dowódca szybko przyszedł do przytomności. Zobaczyłem rozsypujące się tyraliery oraz usłyszałem energiczne komendy dotyczące broni maszynowej.Nasz celny ogień nie milknie. Woda w chłodnicy ckm-u już się gotuje, taśmowy zakłada nowe taśmy z amunicją. Ogarnąłem wzrokiem sytuację niemiecką, a zobaczywszy, że samochodów przybywa — zdecydowałem się na szybki odskok. Wystrzelona biała rakieta to nasz umówiony znak — biegiem do tyłu, gdzie stoi nasz tabor i reszta kompanii. Pierwszy odskoczył ckm, był ciężki i bardzo niewygodny w szybkim marszu. Jeden rkm osłaniał nasz odwrót, ale i ten oderwał się od Niemców. Nieprzyjaciel już zdążył się rozsypać w tyralierę i natarciem oskrzydlającym parł na nasze stanowiska. Jego ciężka broń maszynowa biła długie serie w naszym kierunku. Pociski te jednak nie były już groźne. Znając dobrze teren, całe 2 plutony doprowadziłem do taboru. Z żołnierzy paruje, pot ścieka po twarzy. Nie ma czasu na wypoczynek. Po sprawdzeniu stanu natychmiast odskakujemy na Kurytynę, Majdan Trzeszczański, Drogojówkę, Dąbrowę, Białowody i od strony Hołuznego zapadamy w las. Marsz był bardzo uciążliwy, staraliśmy się omijać wyżej wymienione wioski, by ludność polska uniknęła represji od okupanta. Po drodze, a szczególnie przy szosie, celowo „gubimy" radzieckie dowody, które uprzednio kazałem przygoto­wać. O świcie byliśmy w lesie. Cała kompania była wykończona ze zmęczenia. Ognia nadal nie wolno palić, środki ostrożności tego wymagały. Zjawił się „Sam", a wraz z nim 3 drabiniaste folwarczne wozy załadowane bańkami z gotowanym gorącym mlekiem oraz chlebem i serem. Śniadanie wydały Madzia i Jadzia. Po śniadaniu czyszczenie broni i uzupełnienie amunicji, w którą zasilił nas „Sam". Z bronią gotową do strzału zapadliśmy w błogi sen. Miejscowe placówki z Hołuznego, Ornatowic, Grabowca a nawet z Drogojówki i Majdanu Trzeszczańskiego dokładnie nas ubezpieczały. W ogóle — rozkazałem, aby wszystkie wioski, jakie nas otaczają, czuwały nad naszym wypoczynkiem. Po takim rozkazie każdy polski chłop, ba, nawet każde dziecko, kierowało swój wzrok w stronę Hrubieszowa, Chełma czy Zamościa wypatrując Niemców. Miejscowych załóg nie baliśmy się, byliśmy pewni, że rozbijemy je w puch.

27 października — dzień słoneczny. Wraz z „Pingwinem", „Żurawiem" i „Dębicą" zaczęliśmy układać plan uderzenia na Grabowiec. Grabowiec to dość duży osada, przecina ją kilka ulic. W Grabowcu był kościół, gmina, poczta, cerkiew, posterunek oraz szereg sklepów. Położony jest w dole — droga bita dochodziła tylko od strony Hrubieszowa. Jednak zagrożenia można było oczekiwać z różnych stron, gdyż polne drogi w tym czasie były dość dobre. Wspólnie z ppor. „Samem" oraz dowódcami placówek „Pacholikiem" z Czechówki i „Jagodą" (Jan Martyniuk) z Ornatowic omówiliśmy szczegółowo plan: uderzenie na osadę ma nastąpić czterema grupami:

1. grupa uderza na posterunek — dowodzi „Żuraw"

2. grupa .uderza na plebanię — dowodzi „Pingwin"

3. grupa uderza na gminę i pocztę — dowodzi „Dębica"

4. grupa likwiduje wszystkich szpicli według sporządzonej listy przez wywiad ppor. „Sama", który jest jednocześnie dowódcą.

Silne ubezpieczenie wystawione z ckm-em na Górze Grabowieckiej zamyka kierunek od strony Hrubieszowa, skąd może nadjechać żandarmeria. Dowodzi „Strzała". Nadmieniam, że na plebanii obok kościoła kwaterował duży oddział SS i żandarmerii; przewidywałem, że z tym właśnie oddziałem będę miał ciężką przeprawę. Moim miejscem dowodzenia ma być dom miejscowego popa w odległości 150 m od plebanii, przy sobie zatrzymałem 15 ludzi jako ewentualny odwód.

Miejscowe placówki ubezpieczają. Tabor pod dowództwem „Gomułki" miał nas oczekiwać w lasku obok Hołuznego, gdzie mamy odskoczyć po wykonaniu zadania. O godzinie 16 otrzymałem meldunek z Grabowca od „Morfiny" (mgr Brykalska), że policja ukraińska opuściła posterunek i udała się na plebanię do oddziału SS i Żandarmerii, gdzie wspólnie układają plan obrony w razie naszego ataku. Powiadomili oni również Hrubieszów, Trzeszczany i Werbkowice o swym zagrożeniu. Żądali nawet przysłania im większego oddziału celem wzmocnienia swej załogi. Wermacht jednak po wczorajszym laniu, jakie ich spotkało na szosie pod Mołodiatyczami, nie kwapił się bardzo opuszczać swoich kwater. Mówię tu o „laniu", bo jak mi doniósł miejscowy wywiad, to miejsce zasadzki było całe zalane niemiecką krwią, a do Hrubieszowa w za­krytych plandekami samochodach przywieziono zabitych i rannych. Czytając powyższy meldunek, postanawiam działać natychmiast. Zmieniłem początkowy plan o tyle, że grupę, która miała uderzać na posterunek połączyłem razem z grupą „Pingwina". Chodziło o to, aby uderzyć na plebanię i wykończyć jednocześnie SS, żandarmerię i ukraińskich policjantów. Murowany budynek posterunku ma ostrzeliwać tylko mała grupka, gdyż według rozpoznania pozostało tam 3 policjantów, których miałem w planie rozwalić zaraz po akcji na plebanię. Było już zupełnie ciemno, gdy marszem ubezpieczonym ruszyliśmy na Grabowiec; przy każdej grupie szedł miejscowy przewodnik. Do Grabowca wkroczyliśmy od strony Grabowczyka. Grupy rozeszły się na swoje stanowiska. Nagle od strony plebanii pluje silny ogień karabinów maszynowych. Policjanci ukraińscy nie zdążyli dobiec na swój posterunek, postanawiają wspólnie z SS i żandarmerią bronić się. W oknach plebanii worki z piaskiem i stamtąd we wszystkich kierunkach najeżone są lufy, z których wytryska czerwony ołów. Sytuacja wytworzyła się bardzo ciężka. Ppor. „Żuraw" przybiegł do mnie i zdenerwowanym głosem naświetlał całą sytuację, jaka się wytworzyła w tym rejonie. Do plebanii nie można podejść, robimy szybki skok przez ulicę i widzimy, jak pociski odbijają się od bruku i kamienie rozpryskują się w różnych kierunkach. Cała plebania była otoczona przez naszych dzielnych chłopaków, którzy zająwszy stanowiska ogniowe za sąsiednimi budynkami i płotami bacznie obserwują, by nikt z niej nie uciekł. Żandarmi i policjanci nerwowo prowadzili ognień, który nie wyrządził nam żadnych szkód. Był również przy mnie „Pingwin" oraz kilku skierbieszowiaków z dwoma rkm-ami i granatami. Tuż obok „Żuraw" z wiarusem starozamojskim przygotowanym jak ryś do skoku. Chwila wyczekiwania i nagle na mój rozkaz 3 nasze rkm-y zalały swym celnym ogniem 3 okna plebanii od strony wschodniej. Pod osłoną tego ognia poderwali się „Żuraw" i „Pingwin", a wraz z nimi dzielni ich szturmowcy z granatami w ręku. Już są pod oknami, nasza broń maszynowa strzela ponad ich głowami. — Przerwij ogień — krzyknąłem, i w tej chwili padły granaty do środka plebanii. Potężne wybuchy naszych „siekańców" zrobiły wielkie spustoszenie. Chłopcy rzucili drugą i trzecią „porcję" w okna; worki z piaskiem wyskoczyły na zewnątrz. W jednej sekundzie nasi szturmowcy wskoczyli do wewnątrz przez wywalone okna. Jest już tam „Żuraw", „Pingwin", „Młot", „Szerszeń", „Szabelka", „Madziar", „Osa" i kilku żołnierzy ze Starego Zamościa. Wskakuję i ja przez okno — widzę wielkie spustoszenie. W pierwszym pokoju leży z 15 poszarpanych żandarmów i policjantów, serie broni maszynowej zrobiły spus­toszenia i w innych pokojach. Zabieramy natychmiast zdobycz, broń, amunicję, mundury, maszynę do pisania i różne papiery. Szybko wyskakujemy na zewnątrz, gdyż całą plebanię ogarnia dym i ogień. Na plac przed palącą się plebanię przychodzą kolejno meldunki od poszczególnych dowódców grup. Gońcy szukają mnie i z wielką radością meldują o wykonaniu zadania. „Strzała", dowódca ubezpieczenia od strony Hrubieszowa, powiadomił mnie, że duża grupa żandarmerii i Wermachtu posuwa się w naszym kierunku. O powy­ższym dowiedział się od dowódcy placówki „Brysia" z Majdanu Trzeszczańskiego. Na drugą zasadzkę już nas nie stać, gdyż mamy zbyt mały zapas amunicji.  Postanowiłem wycofać się z Grabowca. Rakieta wystrzelona w górę ściąga na umówione miejsce wszystkie grupy.
Upojeni zwycięstwem zapominamy o budynku, w którym mieści się po­sterunek, ale to mało znaczące, gdyż główne siły wroga zostały doszczętnie zniszczone.
Duża osada Grabowiec jest całkowicie zdobyta. Rozbita poczta, urząd gminy, wszystkie sklepy i magazyny, uwolnienie 15 aresztowanych okolicznych Polaków, wystrzelanie szpicli oraz pokonanie tak licznej załogi na plebanii — oto bilans kilkugodzinnej walki mojego oddziału.
Grabowiec już nigdy nie był groźny, w niedługim czasie powstała tam mała „Rzeczpospolita Grabowiecka", której przewodził miejscowy ppor. AK „Czar­ny" (Paweł Runkiewicz).

Wyruszamy z Grabowca bez strat. Wróg jednak nie śpi. Na szczęście, w Grabowcu pozostała na swoim stanowisku dzielna „Morfina", miejscowa właścicielka apteki. Mąż jej, pierwszy organizator ZWZ, mgr Brykalski już poprzednio został aresztowany przez gestapo i zginął w Oświęcimiu. Ona jednak nie załamała się, dalej pracowała w organizacji, oddając nam wielkie usługi w wywiadzie. Jej też zawdzięczaliśmy, że meldunek o obławie na nas dotarł w porę do moich rąk. Okazało się, że duże siły SS, żandarmerii, Wermachtu i policji ukraińskiej wyruszyły w naszym kierunku, by okrążyć las i o świcie nas rozbić. Zdążyłem w porę marszem forsownym przeciąć trakt Grabowiec--Wojsławice i zaszyć się w gęste zarośla, jakie pokrywały głębokie debry w okolicach Majdanu Wielkiego i Trościanki.
Był już świt. Obawiałem się maszerować z dość dużą kolumną i z dużym taborem przez otwarte pola, by dotrzeć do większych lasów bonieckich. Po krótkiej naradzie z dowódcami plutonów postanowiliśmy tu się zatrzymać i przetrwać. Nieprzyjaciel w sile okoła 1000 ludzi otoczył las grabowiecki, moją wczorajszą kwaterę, oraz las obok Hołuznego. Zwinne tankietki oraz samo­chody pancerne patrolowały wszystkie drogi. Rano o świcie zaczęto ostrzeliwać las. Ogień z moździerzy wyrywał drzewa i szedł po gałęziach. My zaszyci w debrach siedzieliśmy cichutko jak myszy pod miotłą. W szczerym polu obok nas stał samotny domek gospodarza Wieściora. Z dachu tego domku prowadzili­śmy dokładną obserwację, zmieniając się kolejno z „Żurawiem", „Pingwinem" i „Dębicą". Trwało to gdzieś do południa. O godzinie 14 wysłałem dwóch ludzi na rozpoznanie do Tuczęp. Poszedł miejscowy komendant Rejonu „Sam" oraz „Gomułka". Po dwóch godzinach otrzymaliśmy dobre wiadomości. Niemcy przeszli las wzdłuż i wszerz i skoncentrowali się w Ornatowicach i Szystowicach, wszystkie pojazdy skierowali w stronę Grabowca. Wypytywali ludzi o „bandę", w którym kierunku się udała, ale nikt im nie mógł dać dokładnych danych. Wróg uderzywszy w próżnię wycofał się na Grabowiec. Wieczorem o zmierzchu dotarliśmy do lasów bonieckich. Tu poczuliśmy się jak w raju. Przy płonących ogniskach i gorącej kawie długo opowiadano swoje wrażenia z tych świetnie udanych akcji.

Rozbicie posterunku w Mołodiatyczach i Grabowcu przyczyniło się do szybkiej organizacji samoobrony przez tamtejszych dowódców placówek i rejo­nów. Jak już wspomniałem, ppor. „Czarny" zorganizował na terenie Grabowca zgraną kompanię, która patrolowała cały teren. Na terenie Rogowa i Świdnik działał ppor. „Bis". Trzeszczany i okoliczne wioski były chronione przez „Świta" (Majewski), „Orkana" (Jan Ważny) oraz „Brysia", dowódcę plutonu na Majdanie Trzeszczańskim. Na terenie Uchań rozproszone przez wysiedlenie szeregi partyzanckie zebrał i scalił „Stal" (Karol Znajomski). Działał tam również Władysław Gimlewicz, Feliks Popek, Stanisława Stanicz-Struszczak i jej siostra Zofia Osemłak, oraz wielu innych.
 Po kilkudniowym wypoczynku w lesie bonieckim otrzymałem meldunek od komendanta „Adama", abym się stawił na odprawę w rejon lasów zwierzyniec­kich obok Bondyrza — „Kamienna Góra".
Zima 1943/44 przeszła na szkoleniu żołnierzy oddziału. Powstały dwa kursy szkoły podoficerskiej, jeden przy plutonie „Pingwina", a drugi przy plutonie „Żurawia". Abstrahując od opisu działań i zdarzeń w międzyczasie (akcja na siedzibę żandarmerii w Orłowie Murowanym, rozbrojenie niemieckiej wioski Lipina Nowa) oddział mój wszedł znowu na teren obwodu hrubieszowskiego. 
Z początkiem 1944 roku w powiecie hrubieszowskim bandy UPA i Ukraińcy spod znaku SS coraz bardziej zagrażały miejscowej ludności, posuwając się nawet do powiatu zamojskiego i krasnostawskiego. Na skutek dużego ich napływu z terenów lwowskich i wołyńskich miejscowe placówki AK nie mogły sobie dać rady.

Tym razem główną bazą wypadową tych band stał się Bereść, miejscowość położona przy szosie Grabowiec-Hrubieszów. „Wiktor", „Czaruś" i „Wyga" w dalszym ciągu byli zajęci walkami na południu powiatu hrubieszowskiego. Tam też po całych nocach grały nasze rkm-y, tam po całych nocach wzbijały się w górę płomienie palących się wiosek polskich. Krew polska lała się strumieniem. Kto żyw uciekał ze swych zagród i zaciągał się w szeregi partyzantki.
Bereść był silnie umocniony i okopany. Nic też dziwnego, że wszystkie placówki i oddziały z tego terenu i sąsiednich powiatów ściągnęły, by uczest­niczyć w planowanym wypadzie — a mianowicie: oddział mój w sile 240 ludzi; oddział „Bożegodara" — 40 ludzi, oddział „Ryszarda" z Kotlic — 60 ludzi, oddział „Maryśki" — 100 ludzi, oddział „Bisa" z Rogowa — 60 ludzi, oddział „Czarnego" z Grabowca — 60 ludzi, oraz kilka drużyn z Uchań i Trzeszczan. Ogółem w tej akcji brało udział około 700 ludzi.
W przeddzień akcji odbyła się narada wszystkich dowódców w miejscowości Ostków, gdzie jednogłośnie zostałem wybrany dowódcą całości. Ustalony plan podałem w celu ewentualnego przedyskutowania. Założenie: „Żuraw" i „Ping­win" rano o wschodzie słońca na czele plutonu szturmowego (60 ludzi) wjadą do wsi na kilku furmankach jako Niemcy, pozorując pompc dla miejscowej załogi znajdującej się w szkole.Zadanie: wjechać do wioski, zająć szkołę, tj. wartownię, oraz skupić możliwie jak największą liczbę członków UPA przy sobie, a następnie na zajętych dogodnych stanowiskach wystrzelić rakietę, otwierając jednocześnie ogień. Ja w tym czasie z postawy wyjściowej miałem zaatakować głównymi siłami z dwóch kierunków, tj. od południowo-zachodniej strony i od północnej. Oczywiście, całość akcji miałem ubezpieczyć ze wszystkich kierunków silnymi oddziałami z bronią maszynową. Akcję należało przeprowadzić rano, gdy załoga UPA i SS po nocnym czuwaniu będzie zmęczona i w ogóle nie będzie się spodziewać żadnego ataku.
Plan został przyjęty.
Wszystkim dowódcom przydzieliłem odpowiednie funkcje i na drugi dzień 16 marca o świcie przystąpiłem do jego realizacji.Trzeba przyznać, że główny ciężar tej akcji spoczywał na „Żurawiu" i „Pingwinie". Byłem jednak spokojny, gdyż wierzyłem, że ci dowódcy mają tak doborowych żołnierzy potrafią, jak to się mówi, nawet diabłu łeb urwać.

„Żuraw" i „Pingwin" jechali przez wioskę, zbliżając się do szkoły. Na przywitanie ich wyszło kilku Ukraińców na czele z komendantem. Reszta smacznie chrapała na pryczach wewnątrz posterunku. „Żuraw" i „Pingwin" weszli do środka. Po kilku sekundach „Pingwin" wyszedł i czujnym wzrokiem zbadał stanowiska. Jego żołnierze byli przy nim — broń odbezpieczona i w każdej chwili gotowa do strzału. „Żuraw" z kilkoma swoimi ludźmi delikatnie obstawił okna i drzwi. 

Nagle we wsi popłoch — dziesiątki upowców uzbrojonych skierowało się w stronę posterunku. Zauważyli oni, że moje główne siły już doszły do pierwszych zabudowań. Alarm. Ich dowódca znalazł się przy szkole i wydawał rozkazy. Tymczasem „Pingwin" wystrzelił rakietę i w jednej sekundzie zagrały nasze rkm-y i „fujarki". Zrobiło się istne piekło — ze wszystkich okien i drzwi lał się strumień ognia z naszych luf. Przed posterunkiem i wewnątrz pełno zabitych Ukraińców. „Pingiwn" o mały włos byłby przeszyty serią maszynową, uratował go „Młot".Główne nasze siły już były we wsi — już nacierały w kierunku walczącego „Żurawia" i „Pingwina". Ód pocisków zapalających zajęły się zabudowania. Silny wiatr rzucał iskry we wszystkich kierunkach.
Dym wzbijał się w górę, gryzł w oczy — walka dobiegała końca. Nagle zza kłębów dymu dostrzegłem 3 samoloty niemieckie. Zrobiły kilka okrążeń i odleciały w kierunku Zamościa. Zorientowałem się, że jest to rozpoznanie. Natychmiast przywołałem trębacza, który wezwał naszych do odwrotu; wy­strzelono również czerwone rakiety jako umówiony sygnał zakończenia akcji. Dowódcy i poszczególni żołnierze na widok samolotów również zrozumieli, że szybko trzeba odskoczyć, by ewentualny atak lotniczy nie złapał nas w szczerym polu. Walka zakończyła się. W przeciągu godziny wszystko zostało rozbite w puch. Nie pomogły samoloty i kwaterujący obok w Trzeszczanach Wehrmacht z żandarmerią. Nieprzyjaciel miał około 300 zabitych.
Wąwozami dobiłem ze swoim oddziałem w lasy grabowieckie, gdzie zobaczy­łem 6 maszyn niemieckich, które zataczały olbrzymie koła szukając naszego zgrupowania. Zrzuciły one kilka bomb mniejszego kalibru, które nie wyrządziły nam żadnej szkody.

Przeczekawszy ten nalot, natychmiast wyruszyliśmy dalej. Droga była bardzo uciążliwa, gdyż rozmoknięte pola „ściągały" wprost buty z nóg. Zgłodniali i wymęczeni doszliśmy do Tuczęp. Tu w dużych dworskich zabudo­waniach zarządziłem odpoczynek i obiad dla całego oddziału. „Gomułka" już przygotował tłusty bigos barani, który z wielkim apetytem zniknął z kotłów.
Późnym wieczorem zagłębiliśmy się w lasy bonieckie, gdzie pokrzepiwszy się kawą cały oddział został rozparcelowany na mniejsze zgrupowania, a ich dowódcy polokowali się na swoich starych miejscach postoju. Poległego Bolesława Szewerę pochowaliśmy z żołnierskimi honorami obok starej gajówki.
Rozbicie Bereścia, tej ostatniej twierdzy UPA, wywołało wielki popłoch w powiecie hrubieszowskim. Zamieszkałe przez nacjonalistów ukraińskie wioski zaczęły pustoszeć. Ludność polska mogła trochę oddychać.

****


 

Nowa strona 2

Projekt i wykonanie - Tadeusz Halicki - tel/fax: (084) 651-24-66 - e-mail: thalicki@poczta.onet.pl